
Izabela Polakowska
Moje życie od zawsze kręci się wokół sztuki. Zanim nauczyłam się mówić o emocjach, próbowałam je rysować. Z różnym skutkiem — ale przynajmniej było kolorowo.
Pierwsze artystyczne kroki stawiałam jeszcze jako dziecko — na zajęciach plastycznych, w pracowniach pachnących farbą, papierem i terpentyną. To właśnie tam zakochałam się w tworzeniu, konkursach, wystawach i tym niezwykłym uczuciu, kiedy wyobraźnia nagle zaczyna żyć własnym życiem.
Z wykształcenia jestem artystką plastyczką i graficzką, ale prawda jest taka, że najbardziej fascynuje mnie samo życie — to, ile kolorów, emocji i historii potrafi w sobie pomieścić. Od lat zachwyca mnie psychologia i to, jak działa człowiek: dlaczego czujemy, tworzymy, uciekamy, wracamy i czasem zaczynamy wszystko od nowa.
Ale równie mocno kocham momenty, w których brudzę ręce farbą, uczę się haftu od zera albo jadę gdzieś spontanicznie tylko po to, żeby poczuć ten dreszcz: „ciekawe, co będzie dalej?”. Fascynuje mnie przekraczanie własnych granic, odkrywanie nowych miejsc, smaków, technik i doświadczeń.
Jestem trochę kolekcjonerką zachwytów. Lubię tworzyć rzeczy piękne, ale jeszcze bardziej prawdziwe. Wierzę, że sztuka nie musi być idealna — ma poruszać, dawać oddech, odwagę i przestrzeń do bycia sobą. I chyba właśnie dlatego tak bardzo kocham pracę z ludźmi — bo każdy człowiek jest osobną historią, której nie da się podrobić.
W 2020 roku stworzyłam autorską pracownię artystyczną Manufaktura Barw. Zaczynałam w jednym pokoju i z ogromną wiarą, że to wszystko ma sens. Dziś to miejsce pełne farb, rozmów, dziecięcej wyobraźni i odrobiny twórczego chaosu.
Na zajęciach nie chodzi mi o idealne rysunki. Bardziej interesuje mnie ten moment, kiedy dziecko nagle odkrywa: „hej, ja naprawdę potrafię coś stworzyć”. Tworzymy bez szablonów, bez porównywania się i bez presji perfekcji. Bo kreatywność najlepiej rośnie tam, gdzie ma przestrzeń.
Chyba najbardziej lubię patrzeć, jak dzieci z czasem coraz odważniej pokazują swoje pomysły. Jak otwierają się, przestają bać się błędów i zaczynają naprawdę wierzyć swojej wyobraźni. To są momenty, dla których mogłabym siedzieć w pracowni do północy i dalej rozmawiać o kolorach.
Poza pracownią tworzę własne obrazy, biorę udział w wystawach i projektach artystycznych. Lubię też angażować się w działania, w których sztuka może zrobić coś dobrego dla innych.
A w pracowni pomagają mi dwaj wyjątkowi asystenci — Bunia i Laki. Specjalizują się w poprawianiu humoru i zbieraniu głasków. Są w tym absolutnymi profesjonalistami.
Najbardziej lubię jednak momenty, kiedy dziecko patrzy na swoją pracę i mówi:
„Proszę pani… ja chyba naprawdę potrafię rysować”.
I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi.